— A pieniądze?
— Już ty się nie bój. Wszystko będzie.
— Czego wy ludzi w grę wciągacie?
— E, mój kochany, tyś jeszcze wszystkiego nie widział.
Antkowi stanęła w myśli rozmowa jedna, sam na sam prowadzona, przy szumie lipy zaruckiej. Tak, teraz wyraźniej niż kiedykolwiek słyszał słowa hrabiego: „Na nędzę jest sposób, ale na zepsucie nie ma. A wśród was więcej zepsucia niż nędzy. Gdybyście po pracy uczciwej rozrywce czas poświęcali, byłoby wam lepiej”.
Przed oczami Antka przesunęły się postacie książkowych bohaterów z ich czynami wielkimi i czystymi duszami. Siłą wyobraźni uprzytomnił sobie owe wieczory na Czerniakowskiej. I Antek nagle wyrzucił z siebie jedno słowo:
— Kłamstwo!
— Co kłamstwo? — zapytał Józiek.
— „Dzieci ulicy” czytać nie umieją, książek nie znają. A dzieci złodziejów też są złodziejami — wyrzucił nagle z siebie — i coraz ich więcej będzie.
— Jakie dzieci ulicy? Jakich złodziejów?