— Dobrze — rzekł Antek cicho.

— Tylko się nie trzęś, bo tak nic nie zrobimy. A pamiętaj, musi nam się udać, bo jakby się „nasi” dowiedzieli: ona od nas kupuje kradzione.

— Wiem, wiem — rzekł Antek.

— Więc sztaba? To się napijemy. Tylko nie za wiele. A potem spacerować trzeba. Maślarz mi tak mówił.

Wypili po trzy kieliszki, wyszli z szynkowni.

Szli obok siebie, nie mówiąc nic. Józiek kilka razy odchrząknął, ale milkł.

Krakowskie Przedmieście wre życiem. Chłopcy mijali przechodniów, idąc szybko. Mieli na sobie krótkie półszubki i czapki z daszkami. Józiek począł gwizdać.

Zmierzch zapadał.

Aleje Ujazdowskie tonęły w półcieniu. Środkiem sunęły szeregi pojazdów, trotuarami rozwijał się długi wąż spacerujących, między nimi mężczyźni, panie w pięknych kapeluszach i dzieci w jasnych ubrankach.

Był to pierwszy ciepły dzień wiosenny. Drzewa pokryte świeżymi pączkami niosły zapach świeży i czysty, którego nie mógł zagłuszyć kurz, wydobywający się spod długich sukien i szeleszczących spódnic pań.