— Józiek! Józiek! Józiek!
Stara patrzy na Jóźka nieprzytomnym wzrokiem, głosu wydobyć nie może ze ściśniętej gardzieli.
Józiek podaje jej zegarek.
— Wyjdź — szepce stara.
Józiek cofa się. Ona przywala drzwi swoim ciałem, zamyka na klucz.
— No, nie chce brać sikory?
W pokoju rozlega się jakiś łoskot. Józiek ponawia pytanie. Nie ma odpowiedzi.
Schodzą na podwórze. Są na ulicy. Idą razem kilkadziesiąt kroków.
Antek drży. Szczęki biegają mu. Słychać szczęk tylko zębów. Ręce szukają oparcia.
Nagle Bzik zatrzymuje się. Staje przed Antkiem. Patrzy mu w oczy zimnym, stalowym wzrokiem.