Wskazał adres robotnika, dorożkarza, garbatej i Zośki.

„A może go przyjmą?”.

XI. Masz duszę

Na Czerniakowskiej nie pytano Antka, gdzie był i co porabiał przez długie trzy miesiące. Przyszedł, więc jest, i koniec.

Młody chłopiec, zaciągnęli go, ale się wyrwał; tym lepiej, że przeszedł raz włóczęgę, jest teraz pewniejszy; choć kto wie... Jeszcze nie raz wpadnie w ręce łobuzów... Tak, dziesięciu zginie marnie, jeden się ocali. Wie o tym, zna to wszystko stary ślusarz fabryczny, zna i zięć jego, dorożkarz. Widywali oni niejednego chłopca mądrego, zwinnego, co to zdawało się, że wyrośnie na człowieka zdolnego, pracowitego, a tu „złe najdzie” na chłopaka i po nim... Inny będzie cichy i całe życie niezdara. Oj, szkoda chłopców. Żeby to jakaś pomoc, opieka, albo co... ale tak.

Rozumując w ten sposób, ślusarz nie wypytywał Antka o nic, żeby go „nie urazić, nie odstręczyć” od siebie. Karmił go, dał mu kąt i czekał, co dalej będzie, i obawiał się, że ma Antek znów zniknie — już na zawsze.

A chłopcu tak było straszno i nie wiedział, co go dręczy, co go prześladuje w jego bezcelowych wędrówkach po mieście.

Niedziela. Gwarno na placu Witkowskim. Tu sprzedają psy, króliki, gołębie, szczygły, wiewiórki. Klatki pozawieszane na parkanach. Ciągnie się szereg straganów. A taka moc ludzi jak mrówek w mrowisku.

Antek przesuwa się między tłumem i czuje się bardzo samotnym. Widzi chłopców, wyrostków, jak nawołują się, śmieją, kręcą, rozprawiają. Niedawno i on miał przyjaciół, należał do kogoś, teraz znów jest tak bardzo sam jeden, jak wówczas w cukierni lub księgarni.

I czuje Antek, że nie przyłączyłby się do tych rozbawionych, wesołych terminatorów rzemieślniczych, którzy cały tydzień siedzą w warsztatach nachyleni nad pracą, kołyszą majstrowi dzieci, czyszczą buty całej rodzinie, chodzą na posyłki, a ot w niedzielę tak się cieszą, jakby im było najlepiej w świecie.