Choroba ustępowała. Antek począł oglądać się za robotą. Do rzemiosła nie chciał iść. Nie chciał pracować za darmo, a przede wszystkim nie chciał rozstawać się z opiekunami swymi i... Zośką garbatej.

I po kilku dniach rozglądania się otrzymał Antek urząd roznosiciela kuriera. Wstawał teraz o piątej rano, biegł do redakcji, odbierał swoją liczbę egzemplarzy, a potem jazda od domu, do domu, z piętra na piętro.

Uskarżali się na to zajęcie ludzie starsi, którzy już nogi pozrywali na bieganiu. Dla Antka było to mile zajęcie. Uskarżali się ludzie żonaci, którzy z siedmiu rubli miesięcznie nie mogą wyżywić rodziny, dla Antka zapłata taka wystarczała.

Co będzie później, mało go obchodziło. Dorożkarzem, posłańcem zostanie, wszystko jedno. Byle nie siedzieć w dusznej izbie, pochylonym nad robotą. Jemu powietrze, przede wszystkim powietrze potrzebne było do życia...

I byłby szedł Antek tą nową drogą, na którą pchnęło go życie, gdyby nie jeden wypadek. Bo trzeba wiedzieć, że między życiem dziecka ulicy i dziecka salonu olbrzymia istnieje przepaść. Dziecko salonu idzie wąską ścieżką, po której prowadzą je rodzice i szkoła; jak koń dorożkarski idzie po równej drodze, a oczy zasłonięte ma klapą, by patrzało prosto przed siebie, nie w prawo, nie w lewo. A dziecię ulicy pchane jest życiem przez szeroki gościniec i nic nie krępuje go w patrzeniu, słuchaniu, myślach i czynach.

Antek kochał Zośkę. Nie zdawał sobie sprawy ze swego uczucia, nie myślał o nim. Uczył ją, ona słuchała go, gdy czytał, czasem z nią rozmawiał i nic więcej.

A jednak, gdy Antek zobaczył raz Zośkę w towarzystwie jakiegoś pana w cylindrze, w czarnym palcie, w rękawiczkach, to krew w nim zagrała. Przypomniał sobie, co mu Józiek Bzik powiedział, i czuł, że wściekłość wstępuje mu w ręce, w nogi, w piersi i w mózg.

Pan w rękawiczkach pożegnał Zośkę, uścisnął jej rękę, uchylił kapelusz. Zośka była zarumieniona, a oczy jej błyszczały zupełnie tak samo, jak wówczas, gdy on czytał wieczorem jaką powieść.

Zbliżył się do dziewczyny drżący, zmieniony i bez wstępów zapytał groźnie.

— Zośka, kto to?