Starzec prowadził go przez wał praski, skręcił w ulicę Brukową, znów minął parę ulic poprzecznych i wszedł w podwórze, z podwórza na prawo w długi ciemny korytarz. Na końcu korytarza znajdowały się drzwi niskie. Starzec wprowadził Antka do swego pokoju.
W pokoju stało łóżko między drzwiami i oknem. Zakratowane okno wychodziło na niewielki zaułek podwórza. Przy łóżku stół, na stole kilkanaście flaszek z płynami, pudełek od lekarstw, podstawek z proszkami, szklanek i maszynka naftowa. Przy stole stała zamknięta niska szafka, na szafce książki stare, podarte, zakurzone. Środek pokoju zajmował fotel pokryty strzępami ceraty, spod której wyłaziły sprężyny. Na podłodze, pod łóżkiem, na półkach, wszędzie moc książek, broszur i zapisanych zeszytów, wszystko pokryte warstwami kurzu. Na starych rocznikach pisma leżał bochenek chleba i miska; w kącie pokoju dzbanek gliniany bez ucha.
— No cóż? Biednie tu?... Poczekaj, jak mnie zrozumiesz, to zobaczysz, że tu są skarby, wielkie skarby... Widzisz ten fotel? Dostaniemy za ten grat dziesiątki i setki tysięcy rubli... Tylko nie dziś i nie jutro. Ale nie trzeba się zniechęcać... Widzisz, ja ciągle wierzę, i dlatego żyję, że wierzę. Tylko pracować trzeba i nie zniechęcać się... Widzisz, takich jak ty chłopaków miałem już kilku. Byli tydzień, dwa i uciekali... A ja teraz ciebie chcę wziąć; może ty nie uciekniesz ode mnie... Siadaj sobie na łóżku.
Sam siadł na fotelu i ciągnął dalej:
— I czy dziw, że dzieci nie mogą mnie zrozumieć, kiedy najwięksi ludzie na świecie... To jest nie najwięksi, a ci, których nazywają największymi, nie odpisują na moje listy... Ale ja się nie zniechęcam... Dziś znów wysłałem list do królowej Wiktorii71... Bo, powiedz sam, czy ja mogę tu pracować? Inni uczeni mają pracownię, mają pomoc w ludziach, mają środki... A ja nic... Ale ty nie wiesz, o co mi idzie. Poczekaj, zaraz ci sztukę pokażę.
Nalał do szklanki jakiegoś płynu przezroczystego.
— Widzisz? Masz, powąchaj. Nie ma zapachu, prawda? Teraz weź kroplę na palec i poliż językiem. Tylko ostrożnie. No co? Ani zapachu, ani smaku. Myślisz, że co to jest?
— Woda — odparł Antek.
— I wypiłbyś to, prawda?
— Wypiłbym.