W oczach starca-wariata świeciły łzy, na policzkach pomarszczonych zapłonęły rumieńce.

Antkowi serce mocno biło w piersi.

— A ty pytałeś mnie, jak usunąć ten osad zła? Powiedziałem ci, że to jest moje odkrycie. Właściwie to nie jest odkrycie jeszcze, ale przypuszczenie. Ale tu potrzebne są liczne doświadczenia, próby, potrzebne mi są pracownie, pomoc uczonych, odpowiednie urządzenia, środki materialne — pieniądze. Ja w tych warunkach nie mogę pracować, ja dopiero zebrałem sobie materiały. A zbierałem je lat czterdzieści. I boję się, że umrę, i to wszystko zmarnieje, zginie... Zapisałem swoje zbiory i notatki Akademii Krakowskiej, ale oni powiedzą, że to notatki wariata i zniszczą to, spalą. Nie mam nikogo, kto by się zajął po mojej śmierci tą sprawą... O, Antku, jak ja boję się śmierci... Zostań ze mną, będziemy razem pracowali. Tyś dziecko jeszcze prawie, ja ciebie nauczę tego, co umiem. Ja niewiele umiem. Sam się uczyłem. Ojciec mój — chłop. Bił mnie, gdym brał się do książki. Uciekłem z domu, tułałem się. Nikt mi nie dopomógł. A jednak, widzisz, gdybym miał fundusze, byłbym największym w świecie człowiekiem.

Wyprostował się dumnie, aż głową pułapu dostawał, oparł rękę na ramieniu Antka.

Antkowi serce mocno biło.

— Ty powiesz, może, Antku, że nie potrzeba żadnych płynów, że i tak, bez chemicznych sposobów, można wyrwać zło z duszy człowieka. Masz słuszność. Jak ci powiem, na czym polega moje odkrycie, to zrozumiesz mnie lepiej... Masz słuszność... Sama dusza pod wpływem bodźców duchowych oczyszcza się ze zła, jak ten płyn, który ci pokazałem, z trucizny. I może to zrobić wychowanie w dzieciństwie, a cierpienia w wieku starszym. Tak, ale kto ma wychowywać? Rodzice? A ich kto wychował? Tak, więc to złe z duszy rodziców sączy się w duszę dzieci. I widzisz, Autku, nie wszyscy cierpią tak, jak należy. Bo nie każde cierpienie oczyszcza duszę z trucizny; są takie, które bardziej ją jeszcze zatruwają... A mój wynalazek zamieniłby od razu ludzi w aniołów. A tak, kto wie, ile wieków złe z dobrem, podłość z cnotą walczyć jeszcze będzie musiało. A tak kto wie, ile miliardów ofiar zabije podłość, nim cnota zwycięży wreszcie.

I łzy zaszkliły się w oczach obłąkanego.

Pochwycił szybkim ruchem pustą flaszeczkę opuścił głowę i łzy mu do flaszeczki spływały, a on ją podsuwał na przemian do prawego i lewego oka, i zbierał łzy, i żadnej z nich nie uronił na podłogę.

— Szesnaście łez — rzekł po chwili i roześmiał się.

Antek patrzał zdziwiony i boleśnie dotknięty.