A starzec obłąkany nie wszystkie łzy uważał za godne swoich zbiorów. Szło mu o zebranie materiału niezwykłego, ciekawego. Gdy przyjeżdżał do Warszawy znakomity muzyk lub śpiewak, starzec składał mu wizytę, zostawał nieprzyjęty najczęściej, czasem wypadkowo73 uzyskał posłuchanie, i wówczas, zamiast łez, otrzymywał mniejszy lub większy zasiłek pieniężny.

— Ale to tylko pożyczka — mówił.

Notował sobie dokładny adres „wierzyciela”, zapisywał do książki nazwisko, jemu wydawał kwit z pieczątką: „pracownia chemiczno-psychiczna”, kupował w aptece najrozmaitsze zioła, które potem gotował na swojej maszynce naftowej, zamawiał nowy zapas buteleczek z małym dnem, szerokimi bokami w formie lejka i wąską szyjką. Reszta pieniędzy szła na chleb i kartofle. Sam nic więcej nie jadał, chyba że go poczęstowano, a znajomych miał wielu, i wielu lubiło jego opowiadania. Antkowi jednak nakazał żywić się lepiej.

— Tyś młody, tobie siły potrzebne, bo masz przejść to wszystko, com ja już przeszedł. Rozumiesz?

Poza tym pisywał prośby, trochę leczył, trochę radził i zarabiał kilka rubli miesięcznie. Więcej nie było mu potrzeba.

Antek znalazł przystań. Dobrze mu było teraz, lepiej niż kiedykolwiek w życiu.

Całe dnie spędzał w małej izdebce wariata z książką w ręce. Nie uczył się, ale czytał, a czytał wszystko, co znalazł w mieszkaniu opiekuna swego, co dawano mu w czytelni.

Oderwał się od ulicy i bał jej się, bał się, że snem jest wszystko, co z nim się dzieje, że znów obudzi się w szulerni na ulicy Topiel, w sklepie z cygarami, w cukierni, w piwniczej izbie Maślarza, pod krypą, pod murem domu, lub pode drzwiami fanciarki, którą mieli z Bzikiem zabić.

I dreszcz nim wstrząsał.

Mijały tygodnie i miesiące, a w ich cichym życiu nie zaszła zmiana.