Obłąkany, jakby iskrą elektryczną tknięty, drgnął, wyjął z kieszeni buteleczkę i zawołał:
— Antku, bój się Boga, w buteleczkę płacz, a nie na ziemię.
I Antek śmiał się przez łzy, i teraz, zbierając słone krople łez do butelki, poczuł, że ma dla starca tyle życzliwości, ile jej nie miał jeszcze dla nikogo w życiu...
I zaczęła się nauka. Były to strzępy wiedzy z najrozmaitszych dziedzin, była to nauka, czerpana z najrozmaitszych źródeł, wypowiadana w formie pogawędek, które trwały długie godziny. Była to wiedza samouka czerpana z książek popularno-naukowych, z gazet, dzienników i tygodników, broszur i świstków, wiedza złożona z prawdy i fantazji, odzwierciadlająca się w umyśle chorym, zaprzątniętym jedną myślą górującą nad wszystkimi innymi: wydalenia za pomocą cudownego płynu zła z duszy ludzkiej.
Chłopca zajmowały rozmowy właśnie przez ten podkład poetyczny, przez to coś tajemniczego, koło czego krążyły ich rozmowy.
A potem długie godziny spędzał na pisaniu. O ile łatwo wchłaniał wszystkie wiadomości podawane mu przez niezwykłego opiekuna, o tyle pisanie było dlań pracą nad wyraz ciężką.
Ale starzec był nieubłagalny: żądał, by spadkobierca znakomitego odkrycia był wykształcony, uczony nawet.
A te długie wędrówki wspólne — po łzy.
Antek nie wierzył w tajemniczą własność łez, a jednak myśl o nich natrętnie go prześladowała. Gdy przypominał sobie dzieciństwo swe, zawsze dłużej zatrzymywał się myślą na tych momentach, gdy płakał. Gdy widział na ulicy przechodniów, pragnął wiedzieć, czy oni płakali często i w jakich warunkach łzy im z oczu płynęły. Gdy przypominał sobie postacie, z którymi się spotykał w swych tułaczkach po ulicy i zaułkach, zawsze myśl jego bezwiednie działała w tym kierunku.
— Szkoda, że nie mamy łez Maślarza, Bzika...