I w Antku wybuchła gwałtowna chęć prześcignięcia ich.
Starzec gotował na swej maszynce naftowej swoje proszki. Siedział zadumany na swoim ceratowym fotelu.
Przez drzwi, z korytarza, dobiegały przekleństwa wypowiadane głosem basowym, pijackim. To kowal gromił swą żonę i dzieci.
W zaułku podwórza, przez szyby, widać było gromadę dzieci oblegających cuchnący ustęp. Tu było stałe miejsce ich zabawy; tu mogły robić, co chciały, niczyje oko ich nie śledziło. „Wariat się nie liczył, bo co on tam wie?”.
— Antek — zaczął starzec.
Chłopiec drgnął.
— Jeżeli ci u mnie bardzo źle, to ja ciebie nie chcę zatrzymywać... Po co masz uciekać, powiedz mi lepiej. Co, chcesz iść?
— Tak — szepnął ledwie dosłyszalnym głosem.
— Kiedy, jutro?
Chłopiec skinął głową.