Antek marzył. Przed oczami jego przesuwały się obrazy coraz piękniejsze. Skąd się to brało, nie wiedział. Widywał i dawniej coś podobnego. Czasem, podczas czytania, zamykał oczy i widział wyraźnie osoby, o których czytał, ale dziś inaczej jest jakoś.

Był tak spokojny, a pełen uniesień, pewien siebie, a pełen oczekiwania, wesoły, a zadumany.

Biedny ten wariat poczciwy. Może hrabia weźmie go do siebie? Niechby sobie zajął jeden pokój i pitrasił do końca życia.

Antek wstał i poszedł na dworzec. Długo przeglądał nazwy stacji, nim przypomniał sobie nazwę tej, od której droga prowadziła do Zarucza.

Pociąg odchodził za dwie godziny.

Antek szedł plantem, między szynami. Widział nad sobą wielki kawał nieba, wokoło wielką przestrzeń. A jednak i tu odczuwał ścieśnienie. Pamięta, jak ciasno mu było w tych sklepach, gdzie służył jako chłopiec na posyłki. Ale tam był sklep duszny, zakurzony, a tu jest pole szerokie.

Oto drzewo rośnie przy drodze. Schodzi z nasypu, siada pod drzewem na kamieniu. Po chwili pociąg przelatuje.

Antek przypomina sobie, że kiedyś widział coś bardzo podobnego. Kiedy to było?

I wówczas pociąg biegł, a on z dołu przyglądał się. To było wieczorem. Tak, wieczorem. Okna wagonów były oświetlone.

Dreszcz nim wstrząsnął. Wie już. Po spotkaniu się z ojcem, biegł do Jóźka Bzika wtedy, do karczmy na szosie.