I to, co w myśli jego tkwiło jako maligniane, ciężkie wspomnienie, stanęło mu przed oczami wyraźnie.

Maślarz, dzieci pod krypą, ojciec Maślarza w piwnicy, szulernia, fanciarka. Jak źdźbło piasku i liście zeschłe, pędzone wiatrem, zaczęły tańczyć przed nim wszystkie postacie, które widział. „Chwyciło go”.

Powstał z kamienia i szedł szybko. Wracał w stronę miasta. Chciał wyjechać natychmiast, bo czuł, że go ciągnie ta „siła” do piwnicy Maślarza, do Bzika, do szynku, pod krypę. Czuł, że jeśli teraz na krok oddali się od dworca, jeśli jeden kieliszek wódki wypije, to już nigdy Mańki nie zobaczy, to pozostanie tu na zawsze.

Bał się, bo czuł, że siła, która go pcha, mocniejsza jest stokroć od nici, którą związany jest z Zaruczem, tam, i izbą wariata, tu, na Pradze. Chodził szybko i głośno stąpał po podkładach, bo chciał zagłuszyć swe myśli i strach.

— Jezus, Maria! — szeptał — ratuj, ratujcie!

W skroniach krew mu biła. Co serce głośno uderzy, to w moment później puknie w skroniach i gorąca fala mózg zalewa.

— Jezus, Maria! ratujcie mnie!

Już stoi na peronie, jedna sala dzieli go od ulicy. Czy przejść tę salę, czy zostać? Zatrzymał się przed drzwiami i patrzał. Tam, za rzędem dorożek, widnieje szyld: „Sprzedaż wódek”. Iść tam, czy nie?

Nagle tragarz odpycha go na bok.

— Nie stać na drodze!