Mańce krew napływała do skroni. Często umyślnie myliła się i czyniła to tak, by hrabianka wiedziała, że ona to czyni naumyślnie.

— Dlaczego ty mi na złość robisz, Maniu?

— Ja nie robię na złość.

— Ty możesz przeczytać ten wyraz.

— Nie mogę.

Hrabianka wzdychała, Mańka się uśmiechała i całą siłą powstrzymywała się, aby nie wybuchnąć płaczem.

Opiekunowie dziewczynki nie byli w stanie jej zrozumieć. Czuli, że w dziecku jest dusza, przeczuwali jej głębię, a nie mogli się w nią wkraść. Gdy Mańka w nocy leżała czasem z szeroko otwartymi oczami, wpatrzonymi w przestrzeń, oni widzieli, że w oczach tych kryje się wiele treści, ale odczytać nic nie mogli, a gdy hrabianka wchodziła do jej pokoju, ona zamykała powieki, udawała, że śpi i nie odpowiadała na żadne zapytania, nie wzruszała się przemowami Ireny.

Bo jej serce zdobyć można było tylko szczerą, bezinteresowną miłością, nie miłością wypływającą z poczucia obowiązku, z ukochania idei jakiejś.

Nikt w domu nie wiedział, że Mańka najwięcej życzliwości czuła dla starego Grzegorza.

— Jak panu na imię? — zapytała go raz.