Aby pusty gmach szkoły rzemiosł zapełnić, należało udać się do Warszawy po dzieci; hrabia bronił się zrazu, bał się nowych zawikłań, obawiał się dzieci ulicy, bo poznał, że trudna z nimi praca. Ale nie było innej rady. Wysłał więc nauczycieli swoich — rzemieślników — do miasta. Zaludniła się szkoła. Obawy okazały się płonne. Dzieci w otoczeniu natury poprawiały się na zdrowiu, korzystały wiele, okazywały wpływ dobry na otoczenie. Pod ich wpływem dzieci wiejskie nabierały więcej zręczności, sprytu, ci znów brali ze swych towarzyszów wzór pracowitości i tego zdrowego rozumu, który cechuje dzieci wsi. Jedne znały naturę, drugie ludzi.
Spokojnym trybem płynęło życie. Każda z nowych instytucji przynosiła swoje korzyści, miała swoje dobre strony. W okolicy zaznaczyło się pewne ożywienie. Już projektowano wspólnymi siłami przeprowadzić kolejkę podjazdową.
Mańka i Jędrek przestali być osią, około której koncentrowały się myśli hrabiego. A jednak myśl jego, by z obserwacji nad dwojgiem dzieci wyprowadzić wniosek, ile zdziałać może zmiana warunków i odpowiednia opieka w wychowaniu dziecka, nabierała cech rzeczywistości. Dziś już mógł twierdzić stanowczo, że wśród „dzieci ulicy” są materiały na cennych ludzi, byle opieka nad nimi istniała. Mańka rozwijała się uroczo w korzystnych warunkach życia, jakie jej stworzono, ale Jędrek słabł coraz bardziej. W suterynie wilgotnej zakradł się do słabego jego organizmu zły wróg, który go trawił, toczył przez całe lat trzy, aż go na łóżko powalił i śmierć w oczy mu zajrzała. Jędrkowi z rąk wypadła książka, źrenice mu się zamgliły, na ustach pokazała się krew.
Przez całą zimę nie opuszczał łóżka. Mańka żal czuła do siebie, że nie okazywała mu życzliwości i pragnęła teraz wynagrodzić choremu swą obojętność. Czytywała mu całymi godzinami, a Jędrek z przymkniętymi oczami słuchał ją i tylko od czasu do czasu unosił się na posłaniu, otwierał szeroko oczy i mówił:
— Prawda, jakie to piękne?
Nie pomagały lekarstwa. Jędrek gasł.
Tak minęła cała zima.
Nadeszła wiosna, a z nią ciepło. Ale Jędrkowi nie przyniosła ulgi. Skazany był na śmierć.
Piękny kwietniowy ranek słał tyle promieni. Okno pokoju chłopca było otwarte. Leżał blady jak chusta, drobny jak kilkuletnie dziecię, choć miał lat trzynaście.
Mańka siedziała na krześle, czytała głośno i często wzrok odrywała od książki, by spojrzeć na biały domek, który wznosił się niedaleko, za rzeczką. Mur ponury, który oddzielał dwór, zniesiono dawno i nic nie krępowało jej wzroku, który swobodnie biegł w dal i zatrzymywał się na gmachu ochrony. Tak już tam dawno nie była.