Zemdlał.

Gdy go ocucono i złożono na łóżku, leżał cicho z szeroko otwartymi oczami, w których odzwierciedlał się cały bezgraniczny ból duszy zbudzonej, przerażonej ogromem niedoli.

Gdy Mańka i Antek weszli do jego pokoju, chłopiec się uśmiechnął, a uśmiech zastygł mu w bolesnym warg skrzywieniu.

Wyciągnął rękę do Mańki, głaskał jej palce i szeptał:

— Dobra, dobra, dobra...

Natychmiast wysłano do Warszawy po rodziców Jędrka.

Przyjechała tylko matka. Ojciec nie mógł domu zostawić.

Marcinowa przez całą drogę zawodziła.

— Oj, moiście wy państwo kochani, czy Jędrek aby nie umrze? Bo to jedyna pociecha nasza.

Wierzyła w swoje słowa.