— Mamo, ciszej. Choroba mnie zabija, a nie ci dobrzy państwo.
— A tak, tak, choroba. Rozumie się, że choroba. A w domu to nigdy nie słabowałeś. Oj, dolo moja.
Jędrek przymknął oczy i nie odpowiadał. Tak inaczej wyobrażał sobie swą matkę. Wiedział dobrze, że te krzyki mają na celu wyłudzenie od „opiekunów” kilkunastu rubli. Ciemno, czarno mu się w duszy zrobiło. Wyśnił sobie matkę tak inną: głodną, nieszczęśliwą, w parze wilgotnej, przy balii, ale cichą i smutną, nie tak krzykliwą, nie tak prostą, ordynarną. Sądził, że i ona przez te lat kilka powinna się była zmienić. Ale teraz przypomniał sobie, że ona biła go, gdy on brał za książkę, że lubiła kieliszek, że... I matka obcą mu była w tej chwili, przykrość sprawiała mu jej obecność.
A ona nie odstępowała go ani na chwilę. Czuła, że ma prawo do tego domu, w którym „zabito” jej dziecko.
Jędrek konał. Konanie trwało całe dwa tygodnie. Zmieniano się przy chorym, który ciągłej wymagał opieki. A Marcinowa chciała leczyć go swoim sposobem i napełniała wrzawą bezustanną dom cały.
Nastąpiła ostatnia noc. W kącie pokoju paliła się lampka nocna. Przy chorym zebrali się wszyscy. Mańka siedziała na łóżku Jędrka i trzymała go za rękę.
Jędrek chwilami drzemał, to znów się budził i mówić zaczynał.
— Ja myślę, że każda matka powinna być aniołem — szeptał — bo inaczej, to strasznie będzie zawsze.
I po chwili znów dodał:
— Bo inaczej to dzieci zawsze będą nieszczęśliwe, a ludzie, którzy z tych dzieci będą wyrastali, będą źli. Bo widzicie, ja dawniej nie myślałem o tym wcale... Antoś, powiedz mi jeszcze raz, opowiedz mi o tym wariacie, który łzy zbierał... Powiedz, czy on naprawdę jest wariat. Dlaczego nie chce tu przyjechać? Czy on bardzo stary?