Kultura „zrobiła swoje”.

Hrabia miał bawić dziesięć dni w Warszawie, przedłużył jednak pobyt o dni kilka, aby posłuchać obrony swego wychowańca.

Gdy młody adwokat zadawał świadkom pytania, słyszał głos wewnętrzny, który mówił mu: „Odważnie, panie Antoni!”, gdy posłyszał z ust ostatniego świadka głośno wypowiedziane imię: „Józiek Bzik”, coś załamało się w jego istocie i głos wewnętrzny zawołał: „Antku!”.

Mowa prokuratora była krótka. Zbrodnia jest oczywista, pobudki jasne: „ograbić”! Być może, iż w ostatniej chwili zbrodniarz sam przeraził się ohydy swego czynu: on zamordował istotę, która go czytać nauczyła, która ukazała mu drobne światełko z jasnego świata nauki, podzieliła się z nim tą ubożutką cząsteczką światła, które jej dostało się w udziale. Ohydna zbrodnia! Kara zastosowana być winna z całą surowością.

„Antku, Antku! — wołał teraz głos duszy. — Antku! nie licz, nie rachuj, boś ty dziecko ulicy. Nie licz, Antku, a idź za popędem tego coś, co ci mówi: »Tak, a nie inaczej«”.

Gdy wstał dla wypowiedzenia swej obrony, był blady, wziął do ręki zapisany arkusz, ręka ma drżała, chciał zacząć mówić, usta odmawiały posłuszeństwa.

„Antku! Nie licz!”

Teraz miał przed sobą tylko dwie drogi: powiedzieć, że wobec oczywistości przestępstwa zrzeka się obrony, prosząc o uwzględnienie okoliczności łagodzących: niski poziom umysłowy i...

Nie, to będzie podłe, tego nie wolno mu zrobić.

Więc?