Obrony, którą z takim mozołem wypracował w domu, w której tyle pięknych zwrotów pomieścił, nie wolno mu odczytać, bo... sam nie wiedział, czemu. Każdy inny adwokat miałby prawo to uczynić, on nie. Popełniłby podłość, oszukującą samą siebie, zamaskowaną.

„Antku, Antku!” — wołał głos znajomy.

— Czekamy — rzekł przewodniczący.

— Na ulicy Czerniakowskiej, w ubogiej izbie na facjacie, mieszkał starzec, stróż nocny, Wojciech Mazur; Wojciech Mazur miał córkę, dziecię to przywiózł ze stron dalekich, wychował je, strzegł, drżał o nie. Dziecię wyrosło na piękną dziewczynę...

„Jeszcze masz czas się cofnąć” — szeptał głos kultury „pana” Antoniego.

„Antku, Antku!” — wołał drugi głos, wrodzony.

— Córka Wojciecha zbyt była piękna, ażeby mimo czujności starca nie mogła zwrócić na siebie uwagi jednego z możnych świata... Wnukiem starego Wojciecha, synem jego córki, jest siedzący w tej chwili na ławie oskarżonych Józiek Bzik.

Oskarżony skierował na swego obrońcę wzrok zdziwiony i gniewny.

W Antku zamilkł głos pana Antoniego: Widział przed sobą wielką salę, zapełnioną „rozbawioną” publicznością, miał bronić „dziecka ulicy”. Należał teraz duszą do zbrodniarza o ziemnistej cerze, o palących się gniewem i gorączką oczach, chudego, w szarej kurtce więziennej — nie do panów. Myśli rozpierały mu mózg, uczucia pierś rozsadzały.

Głośno, dobitnie, powoli opowiadał dzieje pierwszych lat życia Jóźka.