— A bo co?

— Bo ci tak mordę zmielę, że ci kasza z gęby wyleci.

— Boję się ciebie?

— No, rusz konia.

— Jak zechcę, to ruszę.

— Spróbuj.

Chłopiec mruknął coś pod nosem i odszedł stropiony. Zwycięzca stał dumny i smutny.

Ojciec Antka patrzał na blade, obdarte dzieci otaczające konające zwierzę, patrzał na chłopca-obrońcę, któremu paliły się oczy czarne i wargi drżały, patrzał na czerwone słońce i nie mógł sobie przypomnieć, gdzie i kiedy w życiu był świadkiem podobnej sceny, nawet sam brał w niej udział. Musiało to być bardzo dawno. Pracował myślą. Kiedy to było.

Przypomniał sobie. Dawno, wyrostkiem był jeszcze. Szła ulicą wariatka. Dzieci biegły za nią, śmiały się, rzucały kawałkami zeschłego błota. Wariatka była brzemienna. Wówczas on palnął w pysk tego, który biegł na czele, rozpędził gromadę, sam ukrył się między belkami, nad Wisłą, i płakał.

Ojciec Antka nie uświadamiał sobie, że w mózgu jego odegrał się zawiły proces myślowy: porównał siebie z tym dzieckiem, obrońcą konającego konia, pomyślał o jego przyszłości, o tych dzieciach, które tu widzi, złych i dobrych, a z dobrych tyle skazanych na zagładę...