Bosa dziewczynka o bladej twarzyczce, teraz oblanej słońca szkarłatem, z którym się kłóci sieć żył niebieskich na gołej szyi, twarzy i skroniach — bosa dziewczynka się przeżegnała, owinęła mocniej chustką niemowlę, które trzyma na ręce. Łzy w czarnych jej oczach błyszczą.
Dzieci milczą i patrzą. Któreś się zaśmiało. Niski, piegowaty chłopiec, z błyszczącymi, biegającymi małymi oczami, zbliża się, pociąga konia za ogon.
— Patrzcie, co z tego wędek można zrobić.
Koń tylnym kopytem poruszył.
— Tańcować ci się chce. Poczekaj, to ci zagram.
Znów konia za ogon pochwycił. Począł kręcić ogonem jak korbą katarynki.
— Dylu, dylu, na badylu, nie potrzeba smyczka... — śpiewa.
Dzieci się śmieją. Niektóre chciałyby, żeby on nie robił tego, ale boją się odezwać.
Występuje chłopiec, rozpycha dzieci, zbliża się do dręczyciela, twarzą niemal twarzy jego dotyka, patrzy mu w oczy swymi czarnymi oczami, zaciska pięści.
— Zostawisz go, szczeniaku, czy nie?