— Nie!

Odjechali.

Stał chwilę jeszcze.

Przeżegnał się i poszedł w stronę rogatek.

— Trzeba mi precz z Warszawy. Tu by mnie ciągle nachodzili, a ja... Niech im Bóg błogosławi!

Przeszedł aleje, wyszedł za miasto. Po prawej stronie szosy pole, po lewej szereg domów.

Na polu, tuż obok drogi, leży koń i zdycha.

Gromada dzieci otoczyła kołem konające zwierzę. Koń sapie ciężko, oczy bielmem mu zaszły. Chwilami dreszcz wstrząsa skórą.

Purpurowe słońce oświetla konia i dzieci.

Dzieci milczą. Patrzą na męki zwierzęcia i współczują, ciekawe są, jak to się skończy; chcą pochwycić ostatni oddech jego.