Przytulił się do muru całem ciałem, oparł rękę na kiju i patrzał.
Weszli.
Westchnął.
— Jak ta Mańka urosła. A Antek, Antek! Pan! Tak, tak. A niech im Bóg błogosławi, niech im lepiej się dzieje niż mnie. Niech im Bóg Najwyższy błogosławi. Niech im... niech im...
Nie mógł znaleźć innego błogosławieństwa.
Modlić się zaczął.
„Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech... Niech im Bóg błogosławi... Święć się Imię Twoje. Przyjdź Królestwo Twoje... Niech Bóg Najwyższy im błogosławi...”
Przeplatał modlitwę błogosławieństwem.
— O, wychodzą. Dlaczego Mańka w czarnej sukni?
Pchała go siła jakaś w stronę karety, całą duszą pragnął uścisnąć swe dziecię jeden... ostatni raz.