Na ulicy jeszcze raz się podejrzliwie rozejrzał i wolnym krokiem skierował się naprzeciwko do szynku. Wypił, położył pieniądze.

I cicho, ukradkiem, przeciskał się pod murem w stronę kościoła. Stanął za węgłem ulicy, zasłonięty wystającym kantem muru, i oczu nie odrywał od drzwi wchodowych kościoła.

Nogi drżały pod nim. Zbliżył się stójkowy.

— Czego stoisz?

— Niech mi pan pozwoli, ja nie żebrzę teraz, ja tu chcę coś zobaczyć.

Stójkowy machnął ręką, wrócił na swój posterunek i tylko od czasu do czasu podejrzliwie nań spoglądał.

Oczy załzawiły się starcowi z wysiłku, głowa mu się trzęsła.

Nagle wyprostował się. Na czoło pot mu wystąpił.

Przed kościół zajechała kareta. Wysiadł jakiś starzec siwy, potem ten... ten... poznaje go. Taki sam wysoki, jak był, tylko starszy. Tak, to oni. Antek wysiadł i Mańka.

To oni.