Antek i Mańka szli jak uśpieni. Ojciec sprowadził ich na sam dół aż do ulicy.
— No, Szmul, dawaj spirytusu.
— Niech no mi pan Andrzej powie, co on chciał? Po co on tych małych wziął?
— Ano, kupił ich.
— Jak to kupił?...
— Kupił, zapłacił 3000 rubli gotiu6. O, patrzaj, Żydzie.
— Co, 3000? Czy on wariat?
Szmul wybiegł przed szynk, ale Andrzej pochwycił go za kołnierz i wciągnął na powrót do sklepu.
— Dałem mu słowo honoru, że go śledzić nie będę.
— No, to niech pan nie śledzi. Ja słowa honoru nie dawałem.