— Nie wierzysz mi?
— A tak. Jak nas pan wywiezie, to nas już sam diabeł nie znajdzie.
— Mówię ci, że będziesz mógł wrócić.
— Pan myśli, że „fater”8 panu odda pieniądze?
— Chodź, w hotelu pomówimy jeszcze.
— No, dobrze — zgodził się chłopiec.
Na rogu ulicy wznosił się hotel.
— A daleko to? — zapytał jeszcze Antek.
— O, tu naprzeciwko.
Przeszli środkiem ulicy. Weszli do wielkiej bramy; na lewo prowadziły schody. Schody były wysłane dywanami. Na półpiętrze lśniło wielkie lustro. Jasno jak w cyrku. Antek rozgląda się swobodnie. Mańka lękliwie stąpa w swych zabłoconych bucikach po miękkim dywanie.