Jestem rozdrażniony. Głowa mnie boli. Dnie robocze jako-tako mijają. Niedziele mnie męczą...
*
Poznałem nauczycielkę muzyki moich pupilów. Jest to wdowa po baletniku czy chórzyście. Zajmuje ze swą Janką facjatę. Wielkie pudło przedpotopowego fortepianu zawala pół izby. Łóżko, stolik i dwa krzesła — to wszystko. Nawet komody, nawet ulubionego kuferka — nie ma; — nędza.
Omal nie pozbawiłem jej wygodnej lekcji za mieszkanie; dopłaca tylko rubla miesięcznie. Starałem się przekonać moich chlebodawców, że, jakkolwiek sam grać umiem, jednakże uczyć „na fortepianie” nie potrafię w żaden sposób.
Janka ma sześć lat, czarne wielkie ślepia i marzy o lalce, która zamyka oczy. Dziecina drobna, robi wrażenie kwiatu zerwanego, który musi umrzeć prędko. Drobne to i wdzięczne, i dziwnie smutne. Kiedy po heroicznych wysiłkach skończyłem marsza żałobnego, maleństwo nieruchomo patrzało na mnie.
— Ładne? — zapytałem.
Nie odpowiedziała.
Matka pochwyciła ją, posadziła na kolanach i dziwnie jakoś całowała.
„Był nastrój”.
Zapewne dziecko miłości.