Groźny, ponury pochód, pod ciemnym niebem, przy majaczącym blasku podmiejskich latarni.

Boję się ich. Zrazu nie zdaję sobie sprawy z uczucia niepokoju, któremu ulegam. Jest to w zawiązku strach Eloja na widok Morloków118.

Idą grupami, po killku.

W ich powolnych, upartych ruchach wyczuwam nieświadomą siebie siłę mięśni, które potrafią się kurczyć na moc stali...

Co mnie łączy z nimi?

Dać im kulturę — to zacząć od rękawiczek i zagranicznego fortepianu „z dwoma pedałami”.

Równość? — Więc kraść wolno. Wolność? — Więc można rozbijać bezkarnie żydowskie kramy.

Głupi Żeromski i głupi jego Ludzie bezdomni.

— Ci zgięci wyprostują karki, gdy nas już pożre nasza tinglowa kultura119; oni, wypoczęci pod twardą skorupą roślinnego życia, ockną się ze snu, gdy nas pochłonie i na miał rozbije malstrom120 naszych wahań i pytań bez odpowiedzi!

A po nich nowi przyjdą...