*

Ulicą Wolską wyrobnicy wracają po pracy.

Suną w cieniu, a nad nimi brunatne niebo, połatane czarnymi chmurami. Sylwetki szare znaczą się mętnie.

Ubrani w krótkie waciki, z tobołkami w rękach, brudni, spoceni, zgięci — idą, stąpając ospale i ciężko, z łoskotem — w grubych buciskach.

Niektórzy niosą na plecach przewiązane chustką lub sznurem kawały kradzionego drzewa — na opał.

Krzyżują się pojedyncze zdania, twarde, urywane.

Młodzi brutalnie zaczepiają przechodzące dziewczyny. Tę szturgnie, wymijając, łokciem, aż się zatoczy nad rynsztok lub oprze o ścianę; tamtą uszczypnie — dziewczyna krzyknie z bólu i zaklnie:

— Bodaj cię cholera...

I śmieją się sucho, gardłowo.

Obok chłopcy — wyrostki idą pochyleni, naśladując ciężki, leniwy chód dorosłych. Tylko mocniej wymachują rękami.