Modlą się, bo stara czarownica — kościana noga — zabiera dzieci, które nie mówią pacierza. Uczą się, bo boją się paska ojcowskiego, bo mama obiecała pierogi z powidłami w niedzielę, bo Wicuś chce jeździć karetą, bo Mania imponuje na podwórku dwunastoma francuskimi słówkami. — Podczas lekcji są tępe, bezmyślne, poza nauką — sprytne i jakoś przebiegle dojrzałe.

O dwunastej obiad.

Oni, rodzice, wypijają po kieliszku wódki przed obiadem, mnie chcieli dawać dwa kieliszki, bo w gardle zasycha od mówienia. Oni zagryzają chlebem z solą, mnie proponowali śliwki marynowane.

Nie wierzą, gdy powiadam, że czegoś nie wiem. Są podejrzliwi i nieufni; przypuszczają, że nie chcę powiedzieć: toć w szkołach wszystkiego uczą.

Nie mogą zrozumieć, dlaczego nie chcę czytać kurierów, dlaczego mówię, że nie obchodzi mnie polityka. Kupują na przemian, co dni parę — raz „Polski”, a raz „Poranny” — bo z pierwszego można się więcej dowiedzieć, a drugi za to ciekawszy.

Po obiedzie znów lekcja — do podwieczorku.

Dzieci idą na podwórze; ja gaszę lampę, siadam z papierosem przy oknie — i patrzę na czerwony kwadrat kuźni na drugiej stronie podwórza, na prężącą się miarowo postać kowala, snopy krwawych iskier, pryskających spod młota.

Patrzę — i nie myślę.

Wchodzi mój chlebodawca i pyta:

— Co pan myśli? Czy zdadzą? — Proszę pana na herbatę. — Ale po co pan tak po ciemku siedzi?