— Fortepian to tam mniejsza, byle tylko do gimnazji zdali. Mieszka u nas na facjacie jedna kobieta, — to tam jeich i uczy. Trafiał mi się tu za sto rubli zagraniczny fortepian z dwoma pedałami, ale ja wolę, żeby się na cudzym nauczyli, bo dobry fortepian psuje się od nauki.

Wicuś ma być adwokatem, bo adwokat — to tylko jeden amerykański spadek — i już ma jakie sto albo dwieście tysięcy. Dobry i inżynier, ale to już zawsze robotnik, bo na gwizdek musi tak samo do fabryki dymać jak i inni. Oleś jest jeszcze mały; niby ma ochotę na księdza — i księdzu także dobrze — niczego sobie — ale to się jeszcze może odmienić. A Mania musi wszystko umieć, żeby się wygładzić, a potem, jak wyjdzie za mąż — żeby jej rodzina męża palcem nie wytykała.

Są dla mnie idealnie dobrzy, starają się aż do znudzenia odgadywać każde moje życzenie. Wyniosły pan gospodarz jest aż przykro uległy; krzykliwa pani chodzi na palcach i mówi szeptem, gdy mam lekcje. Mnie i dzieciom ustąpili swe pierwsze w domu miejsce, bez szemrań, bez wahania.

Dla szczęścia dzieci!

I tak wierzą, tak głęboko wierzą, tak bez zająknięcia.

Nieznośnie kręci się w kółko młyn diabelski życia. — Żal mi ich, żal — smutnie...

Wstaję o godzinie szóstej jak wszyscy — choć prosili, żebym spał do dziewiątej — bo jestem pewnie przyzwyczajony do tego. Myję się w glinianej misce, choć chcieli mi odstąpić stojącą dla ozdoby umywalnię z fajansową miską i dzbankiem. Herbatę piję wraz ze wszystkimi w kuchni, choć chcieli mi nakrywać w pokoju, bo „pewnie jestem do tego przyzwyczajony”.

Męczą mnie swą ciekawością. Skąpo udzielam wiadomości co do swej osoby.

O ósmej zaczyna się lekcja.

Dzieci są zdrowe, proste — ludzie jutra. Jest w nich jakiś niemiły zdrowy rozum i żadnej myśli bezinteresownej, żadnej wrażliwości.