— Mój panie, ja wiem jedno: oszukać bym pana nie miał sumienia, bo pan ma dzieci; i nie miałbym interesu, bo dla mnie lepiej nawet, jak kupi taki, co się zna, żeby potem nie miał pretensji. Interes — złote jabłko — i tyle. A radzić panu nie mogę. Niech się pan popyta, rozejrzy, dowie, pomyśli; niech pan ze dwa dni posiedzi w sklepie.
Poszedł Antoni do sąsiedniego sklepiku w wielkiej tajemnicy. Odpowiedzieli mu ni to, ni sio.
— Jak panu powiemy źle, to pan powie, że zazdrość, a jak powiemy dobrze, to pan będzie pomstował. Życie w Warszawie ciężkie, i basta.
Zwyczajnie, nieżyczliwi dla obcego.
A tu pieniądze szły jak woda.
I stało się: kupił. Gotówką czterysta rubli położył.
Dawny właściciel przychodził przez pierwszy tydzień pomagać i nauczyć. Szczypał służące, uśmiechał się do kupujących. Antoni z żoną siedzieli i patrzyli. To znowu przychodził tam jaki Żyd po należność.
— Zatkaj mu pan gębę... Nie ma pieniędzy, mój starozakonny... Daj mu tam pan rubla...
I Antoni dawał rubla z kasy.
W głowie miał wir jakiś, w sercu strach i złe przeczucia.