— A dlaczego pan puste torby poustawiał w szafach? — zawołał Antoni nagle.
— A może do ubrania sklepu potrzebne panu torby z brylantami?... Idź pan do Stępkowskiego i zapytaj się pan, czy on nie ma w szafach pustych butelek, puszek i beczek... Nie zna się pan — ot, co jest.
— Co będziesz gębę darł? — syknęła z kąta siostra — sprzedałeś i kwita.
— Ale nie: po co on ma myśleć, że go oszukałem?
— A co to ciebie obchodzi?
— Rozumie się, że mnie obchodzi. Bo na tym cierpi mój honor kupiecki... Tak, tak, mój panie, i pan się wetrzesz w miasto — i poklepał Antoniego po ramieniu.
Doprawdy — niezły człowiek. Tylko ta siostra — megera.
— A może by pan... może by — zająknął się Antoni.
Była to jego myśl, snuta po tysiąc razy podczas bezsennych nocy ostatnich tygodni — jego myśl wypieszczona: oddać sklep, odebrać pieniądze i uciec z Warszawy.
— A może by pan tak wziął nazad? Przecież pan sprzeda?