Kazik zdecydował się usiąść mi na kolanach. Na głowie jego znalazłem robactwo.

(Dopisek późniejszy:

Wyciąg zadań z książki Adolfa Suligowskiego127, wydanej w roku 1889, pod nagłówkiem: Kwestia mieszkań:

„Dwie trzecie ludności warszawskiej źle mieszka.

Za anormalne mieszkania higieniści i ekonomiści uznają lokale w suterenach i na poddaszach... Te niezdrowe mieszkania liczyły izb zamieszkałych 18 347, a w nich mieściło się 63 941 ludzi.

Istnieją mieszkania całkiem bez okien. Takich mieszkań bez światła znaleziono w mieście 1515... Istnieją też mieszkania bez żadnego ogniska i takich naliczono 2985... Na mieszkania bez światła lub ogniska przypada około 16 000 ludzi.

Znikły ciemne więzienia, znikły dawne lochy kryminalne, którymi straszono zbrodniarzy, ale nie znikły ciemne, zimne i podziemne mieszkania dla ludzi mozołu i trudu, którym los od kołyski odmówił wszelkiego uśmiechu.

Śmiało powiedzieć możemy, że odmalowanie nagiej rzeczywistej prawdy obudzić powinno w każdym sercu uczucie przerażenia. Obrazy te ponure, zaciągnięte ciemnymi barwami, poza którymi bledną ludzkie usterki i przekroczenia! A jednak na wydziedziczonych lokatorach tych schronisk, podobnie jak i na innych, w imię zasady równości ciążą różne obowiązki społeczne. I od nich wymagamy pożytecznej pracy i moralnego działania.

Zestawiając śmiertelność Warszawy z śmiertelnością innych miast, wynika, że w Warszawie umiera rocznie przynajmniej 18, jeżeli nie 19 osób na 1000, więcej aniżeli potrzeba, co daje, na ludność o 450 000, nadmiar śmierci pod postacią 8100 osób. Gdybyśmy nawet z tej cyfry strącili dwie trzecie na śmiertelność dzieci do czasu dojścia do wieku produkcyjnego, to jeszcze 2700 śmierci dotykać będzie ludzi pracy, ojców i matek, potrzebnych do wychowywania swych dzieci i do pracy społecznej. Ci ludzie mogli i powinni byli żyć i pracować...

Jeden z lekarzy zajmujących się statystyką obliczył, że gdy przy zaludnieniu 2 osób na pokój zajdzie 100 wypadków zachorowania, to w tych samych warunkach przy ludności 10 osób na pokój będzie takich wypadków 150, czyli o 50 proc. więcej; ale co gorsza, że gdy z liczby podległych w pierwszym wypadku chorobie epidemicznej umiera 20 na 100, to w ostatnim 79 na 100. (Dr Körösi w Peszcie).