Myślę z uczuciem wstydu. Zda mi się, że kogoś obraziłem, że mną pogardzają wszyscy i że sam sobą pogardzam.
Ignac nie chce iść do ochrony, dostaje od siostry w skórę.
Uderza mnie znużony, żółty kolor twarzy chłopca. Jakby kropli krwi w niej nie było. I znów modlitwa, monotonna, długa.
Budzi się z płaczem Kazik. Matka go ubiera.
— Czego się mażesz, co? Ojciec powiedział, że kupi ci organki. Chcesz organki?
— Nie.
Wyszła po zakupy. Niemowlę zaczęło płakać. Wstałem i kołysałem je. Krzyczało jeszcze głośniej. Kazik podał mi brudny gałganek. Rozwinąłem: był w nim kawałek bułki. Zrozumiałem: wsunąłem go dziecku do ust. Zaczęło ssać chciwie.
Usiadłem przy oknie i patrzałem na szare niebo, na długi, nie kończący się szereg dachów i kominów.
I znów długo myślałem o moim nieudanym samobójstwie — i zrozumiałem, że dziś nie umiałbym go już powtórzyć: sieć nici niedostrzegalnych splątała mnie z życiem.
Czułem, że jestem na przełomie, że ważny zwrot musi nastąpić w mym życiu.