I znowu cisza trwa pół godziny.
Powraca Grosik. Wstaje żona, rąbie drwa, zapala w kominie, grzeje mężowi kawę.
— Kto dziś nocą jeździł?
— Franek.
— Dobra noc?
— Choroba... Stary zły, ścierwo.
Światło dnia rozkurcza się leniwo — zgniłe, martwe, ponure.
Teraz kolej na Wiktę. Ubiera się długo, starannie, by po trzech kwadransach, w żakieciku i rękawiczkach — wyglądać na ponętną młodziutką modystkę.
Stasiek idzie do kwaśnika myć butelki.
Leżą już w łóżkach tylko: sześcioletni Ignac, trzyletni Kazik, kilkomiesięczna Mania — i ja.