— A sama mieszkasz?
— Sama.
Weszliśmy w głębokie podwórze. Otworzyła drzwi parterowego pokoju.
Ciepło.
Odkręciła knot przyćmionej lampy.
Piec ciepły. Grzałem skostniałe ręce. Zęby mi szczękały. Ciepło paliło. Ciepło!
— No — więc już idę.
Zdjąłem z łóżka kołdrę, okryłem się, przystanąłem krzesło do pieca, usiadłem i przywarłem plecami do gorących kafli. Parzyły przez watę kołdry, a było mi zimno.
Zacząłem się śmiać.
Wróciła.