— Po co pani tu przyszła? To nie wypada. Ja leżę w łóżku...

— Janek, dlaczego ty tak do mnie mówisz?

— Pani ma dziecko. Pani ma męża. Pani mąż ma album z pocztówkami.

— Janek, nie mów tak!

Spojrzałem jej w twarz i...

Ujrzałem w kącikach jej oczu dwie łzy...

I nagle łzy mówić zaczęły...

Pod starym kasztanem w Ogrodzie Saskim dzieci bawią się w piłkę. Duża balonowa piłka przeskakuje z rąk do rąk. Oparta o drzewo Adelcia, w białej sukience do kolan, w żółtych bucikach i czarnych ażurowych pończoszkach — śledzi uważnie bieg piłki. Przez zielone liście drzewa przedziera się słońce i złoci roześmianą postać dziewczynki.

To było dawno.

Adelcia miała dużą lalkę, serwis porcelanowy, książki z obrazkami — miała ładne sukienki: białe, różowe, błękitne — pończoszki w różnych kolorach — i żółte buciki. — Miała twarzyczkę wesołą i jasną.