— Rozumiem, dlaczego mi w twoim sercu tak pusto, tak głucho, tak samotnie, tak strasznie. — W samotnej, zimnej celi więziennej twego serca, obca, zła kobieto. — Wypuść mnie ze swego serca — na światło, na słońce, na swobodę — wypuść z więziennej celi kamiennego serca, gdzie na matową taflę mojej duszy padają ciężkie krople z wilgotnego pułapu...

Otwórz mi żelazne drzwi twego okrutnego serca, gdzie nie ma nikogo i nic prócz mnie jednej.

— Dziecko.

— Otwórz mi drzwi żelazne kamiennego serca, gdzie mnie więzisz w samotności, o chłodzie i głodzie... O, chleba dla duszy mojej — chleba!

Dzwoni dzwon.

Dzwoni dzwon — dzwoni spiż — bije — echem się roznosi — a gra — huczy — gra — spiżowy dzwon. Płynie pieśń, echem życia się roznosi — rośnie pieśń i potężnieje — tysiącznym echem się przewala — grzmotem toczy się wśród serc młodzieńczych. Płonie stos ofiarny — tysiącem iskier wystrzela — słupem pod obłoki wybucha.

I zalękniona mgła kurczy się i zwija dokoła sennych dusz, zaklętych w martwe tafle matowe, których drzemania strzegą pilnie, a bezsilnie — pilnie, powiadam — bo im tak wygodnie: że dusze śpią kamiennym snem.

I zalękniona mgła wilgotna, z której duże i ciężkie — bezwładnie i miarowo — padają krople na taflę senną — kurczy się i zwija — i kłębi — i wicher nią miota — i pęd ją przesilny roztrąca i pędzi — pędzi — a wtedy słychać pieśń i ten dzwon spiżowy — i widać błyski światła nad taflą senną...

Chleba — chleba — chleba!

[* * *]