— To rudziak wiaruski — tłumaczą mi.

— Ja wiem, i chcę, żeby i on słuchał.

Ignac z dwoma starszymi chłopcami puścili się pędem do sieni. Po chwili wciągnęli szamocącego się malca.

— Chodź, głupi: Pan Jan cię woła.

— Jak ty się nazywasz? — pytam rudziaka.

Żadnej odpowiedzi.

— No powiedz, jak matka na ciebie woła?

— Matka woła: cholera, a oni: rudziak — powiedział cicho i szybko, patrząc w ziemię.

Pocałowałem go w czoło. Spojrzał na mnie nieufny, z miażdżącym zdziwieniem w oczach smutnych.

Dlaczego dzieciska tak chętnie złażą się na moje bajdy, tak daleko sławę moją roznoszą, a niechętnie mówią o ochronie?...