Idę — Święty Mikołaj — w masce starczej, z białymi włosami, długą do pasa śnieżną brodą, z kijem pątniczym w ręce — przepasany powrozem — z workiem przysmaków i świecidełek dla smutnej dziatwy, idę od izby do izby, niosąc zdziwienie, bojaźń i radość — i cały szereg jednakich, a mimo to różnych obrazów przesuwa się przed mymi oczami.
Idę od izby do izby i widzę drobne pyły wieczności, mrowie ludzkie, rozwiane na idącym w dal nieskończoną gościńcu życia; widzę na potwornie wielkiej pajęczynie bytu — ludzi, zawieszonych, jak rosę gęstą, jak łzy, które wypija powietrze; widzę drobne krople olbrzymiej fali ludzkiej; widzę pojedyńcze trawy stepu, widzę pojedyńcze ziarna pustyni, a ziarno każde ma myśl i czuje.
Biedni wy, moi współcześni — i wy, którzyście pomarli i kości wasze bieleją — i wy, którzy przyjdziecie dnia jutrzejszego — biedna ludzkości w smutku i grzechu.
Idę od izby do izby — starzec siwy — któremu stulecia były latami.
Śnieg iskrzy się brylantami w migotaniu gwiazd światów. Czuję ruch tych gwiazd-olbrzymów, Ziemi wirującej bez wytchnienia, jak gdyby się nic na niej nie działo.
Idę od izby do izby.
Śpiewają kolędy, wódkę piją, łamią się opłatkami, składają życzenia i skromne spożywają wieczerze.
Dzieci niefrasobliwe kręcą się wokoło niskich choinek, płonących rzadkimi świeczkami, przybranymi tanimi papierkami. Skromne drzewka robotników. Nie czują żalu do błyskotliwej choinki bogacza.
Milknie śpiew, gdy wchodzę.
Idę od izby do izby.