— Błogosławię cię, moje małe.

Przyklękli.

I ja przykląkłem i pochyliłem głowę.

— Pozostańcie w spokoju. „Oto Bóg się rodzi, by krwią swoją zmyć grzechy wasze”.

I żadne za mną nie wyszło do sieni, taka w słowach moich była powaga, a w postaci — prawda.

Idę od izby do izby.

I widziałem taką, gdzie choinki nie było, a dzieci były — dałem im podarki, ale nie zapłakałem.

I widziałem taką, gdzie dzieci nie było.

— Tu u nas nie ma dzieci, dziadku — powiedziała kobieta. — Bóg zapłać, żeś i do nas zaszedł.

Czemu poczułem, że chłodne łzy spłynęły mi na palące policzki?