Oto zaszyłem się w gęstwinę życia, aby zapomnieć o sobie. Upijam się po szynkach, jak inni po gabinetach, patrzę na circenses245 życia, bo mi prawdziwy teatr już dojadł. Błazeństwo, może trochę jaskrawsze — ale nic więcej.

I nic dziwnego...

Coście mi dali, pytam. Kazaliście mi kochać coś prawdziwie, z czego byście sami nie drwili? Jakże miałem wierzyć w sprawiedliwego Boga, kiedy wasz salon był krzyczącą niesprawiedliwością? — Stare zabawki, zniszczone, nudne — dla biednych dzieci? — Marzenia jałowe, ssane z moralnych aż do smrodu powiastek i powieści dla młodzieży i starych dzieciuchów? — Dławiące, bezsenne noce w czasie egzaminów? Dławiąca nauka z dnia na dzień, z roku na rok — zapominana, odświeżana i znów zapominana — na zawsze. — Setki kompromisów, by „wyjść na ludzi”. To brudzi — błoci, tępi na całe życie.

Czy w gruncie rzeczy istnieje jakiś altruizm, czy tylko modna literatura altruizmu? Czy mnie obchodzą przyszłe pokolenia, czy tylko z zajęciem słucham deklamacji, jak na mistycznym koncercie, o tych, którzy się narodzą?

A jednak może być inaczej, fabrykancie glicerynowych mydeł — i nie potrzebowałbym, bezradny i zdziecinniały — opowiadać malcom bajek o „kocie w butach”...

— Panie Janie — woła przez drzwi Nowak.

— Co? — pytam mimo woli.

— Aa, to pan jest? Może byśmy tak zagrali w warcaby?

— Na piwo? — pytam.

— A niech będzie i na piwo.