Majster mani, że się wkupi, ale jego nie wezmą, bo mają złość, że tylko samymi chłopakami orze — żeby czeladnikom nie płacić. — Znowu na złość każą mu na sztukę siodło zrobić, a on przecie rymarz, a nie siodlarz.
Siedmiu chłopców mieszka przy majstrze, a ósmy przychodni; takiemu to dobrze.
Jasiek żyje „na suchym”: rano ćwiartka chleba z herbatą w sklepiku; obiad — chleb i pół ćwierci golonki; wieczorem czasem-czasem gorąca kolacja: pieczeń z kapustą i kartoflami za szesnaście groszy. — Ale tylko wtedy, kiedy nie ma sprawunku: buty, zelówki, raty za ubranie, albo kiedy robią po fajrancie i majster dorzuca piątkę za każdą nocną godzinę.
W sklepiku nie dają Jaśkowi prawdziwej herbaty, tylko „kwiat”: kolor z buraków, a słodycz z sacharyny — w sklepiku oszukują Jaśka.
Kupił na Świętokrzyskiej ubranie za cztery ruble, raz tylko włożył w niedzielę i rozlazło się na nic. Jaśka oszukali na czterdzieści gorących kolacji, a chłopaki się z niego śmieli.
Pisaliśmy list do stryja Jaśka do Ameryki.
„Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Kochany Wuju. Jestem w terminie u rymarza, pana..., na ulicy... Pracuję od 7 rano do 8 wieczorem. Zarabiam... ”
— E, ja nic nie zarabiam — mówi.
— Tylko jak?
— W terminie to się liczy na życie.