Bal
Chrzest i bal składkowy: rubla od osoby.
Ojciec, pan Tomasz, niecierpliwie oczekiwany, przyjechał dorożką dopiero o siódmej godzinie. Zapraszając gości, wstąpił na kieliszek z tym i owym. Wesół wrócił. — Miał kram: w cyrkule brakło jakiegoś papieru, więc nie chcieli wydać pozwoleństwa na chrzest. — Antoniowie nie przyjdą, bo dzieciaki im chore. Adam będzie, ale sam, bo mieszkania nie chce zostawić.
Są chrzestni, są świadkowie. Niemowlę w czystej poduszce i białym czepku. — Dwie dorożki. — Jedziemy.
Chcieli nazwać dzieciaka Manią, ale babka się uparła: „jak ma manić, to niech lepiej już kradnie”. Uparta baba, a liczyć się z nią trzeba: ma sklep i ze trzysta rubli gotówki — bogata stara.
— Anna, to Anna. Byle prędzej, bo się zapóźnimy.
Dzieci z całego domu zalegają sień i schody — skaranie czyste — przeprowadzają nas do bramy i jeszcze za dorożką biegną i gwiżdżą przeraźliwe.
— Prędzej, bo zapóźnimy...
Kancelaria kościelna. — Ponura izba: kraty, księgi — jak w cyrkule. — Już tylko jedna grupa osób z dzieckiem — i my. — Tamtych zapisują.
Imię? — Nazwisko? — Które dziecko? — Mężatka?