Bez nadziei
Za dawnych czasów ojciec przeklinał marnotrawnego syna, nakazywał hajdukowi7 wyliczyć mu pięćdziesiąt batów i wyrzucał na cztery wiatry. A dzisiaj mniej poetycznie — tylko z nim nie rozmawia, zamyka worek — i na tym koniec.
Bo też i syn marnotrawny nie bywa dziś „skończonym łajdakiem”, tylko „niezdecydowanym błaznem”. To nawet było wcale dowcipnie powiedziane...
Wstałem o godzinie jedenastej. Ojciec na mieście, mała na pensji, mama z Jadzią w magazynie konfekcji (wstrętny wyraz!).
Chodziłem po mieszkaniu.
Ani jednego sprzętu z tradycją, ani jednego przedmiotu ze związanym z nim jasnym wspomnieniem. Takie sobie pyszałkowate mieszkanie kapitalisty, fabrykanta, który powoli się dorabiał, kupował, co w danej chwili było modne, a stare meble zastępował nowymi.
Na meblach stołowego pokoju uczyłem się słówek francuskich z mademoiselle Jeanne.
Duszno mi w tym obszernym, codziennie przewietrzanym i zaopatrzonym w wentylatory ulepszone, mieszkaniu.
Taka nuda beznadziejna, jak pukanie palcem w szybę...
Byłem u Adeli. Ani słowa o niedawnej przeszłości. Ani chwili zakłopotania.