— Nie płacz... nie płacz... nie płacz...

Tak mi się coś piętrzy i zapada w czaszce z głuchym łoskotem — słyszę wyraźnie jakieś gniewne pomruki — szmer — kołysanie się.

Gładzę jej włosy ruchem wahadłowym — oparła twarz o poduszkę, siedzi skurczona na stołeczku i płacze. — Ogarnęło mnie zabójcze lenistwo myśli...

Utkwiłem wzrok pod okno: tam spod okna patrzyło na nas dwoje oczu. Dziewięcioletni Stasiek nie spał — czuwał — patrzał na nas. — Dlaczego tak się stało — dlaczego ten malec nie usnął znużony — dlaczego się tak dziwnie złożyło? — On pewnie tak patrzał wiele razy, ale i dziś chciał widzieć, co będzie.

Rozróżniam teraz drobną jego postać, uniesioną nad posłaniem na ziemi.

— Połóż się, Wikciu, bo ci zimno tak siedzieć — podłoga zimna, a ty jesteś boso i w spódniczce.

Spojrzała na mnie bez łez.

— Idź, Wikciu, i zapomnij o tym, co ci się śniło.

Wstała powoli i poszła.

Mańka w kołysce zaczęła kwilić, potem płakać coraz głośniej.