Usiadła na niskim stołku przy moim łóżku.
— No co?
— Śniło mi się, że ta suknia, cośmy dziś kończyły, to mi się śniło... że jak ją obszywałam, to mi się lampa przewróciła — o Jezu.
— I spaliła się?
— Nie, tylko cały przód — taka wielka plama.
— No nie płacz.
— Kiedy nie mogę.
— No nie płacz, nie płacz... nie płacz...
Gładzę jej włosy...
Rozumiałem coraz wyraźniej, że tak będzie, że się to wszystko układa od bardzo dawna — nie od tego pocałunku wcale — ale znacznie dawniej. Kto wie, czy nie dlatego jestem tu już miesiąc cały, czy nie dlatego właśnie wszystko, com tu mówił i robił, mówiłem i czyniłem — wszystko dla tej jednej chwili! — Jak to się wszystko dziwnie układa, dlaczego nie domyślałem się już wtedy, kiedy pijany Grosik zasypiał, a Wilczek szedł spać do Maja, żeby nie zapóźnić fabryki?... Dlaczego w moich notatkach prawie o niej nie wspominałem?... Dlaczego to się wszystko tak ułożyło zupełnie niezależnie od mojej woli?... Dlaczego jej się przyśniła ta suknia?... Dlaczego ja muszę być papierowym czółnem?...