Oto nie ma we mnie ani siły czynu, ani siły chcenia — oto jestem piłką, którą życie podrzuca, uderza nią o ścianę i chwyta dla zabawy — oto jestem czółenkiem z wydartego z kajetu papieru, które chłopiec puścił na rynsztok i popycha patykiem, a lekki podmuch wiatru lub ciężar kamyka zatopi w wodzie ściekowej. Nie ma we mnie ani w życiu moim żadnego dziejowego sensu — istnienie moje z niczym się nie wiąże — odosobnione jakieś i boleśnie żartobliwe — bańka z mydła — balonik na nitce — pozłota wyschłego orzecha z choinki — nic, które myśli, rozumie całą swą bezwartość — i cierpi...
Nagle Wikcia płakać zaczyna przez sen. Ciężko chwyta powietrze. Budzi się i szlocha w głos.
— A tobie co? — pyta sennie matka.
— Śniło mi się...
— Owa, śniło się. Wariatka.
Dziewczyna umilkła — stara znów chrapać zaczyna.
— Wikciu...
Czuję, że zadrgała; tchu mi brak.
— Chodź, Wikciu, powiedz, co ci się śniło?
Mówię szeptem, niedostrzegalnymi poruszeniami drżących warg. Słyszę szmer jej kroków. Serce wali.