— A pan sądzi, że tak można?
Nachylił się ku mnie, położył twardą rękę na stół i powiedział krótko i mocno:
— Trzeba, panie Janie — a więc można...
Posłano do Żyda po kosz piwa. Podano pieczeń z makaronem, kotlety z kartoflami.
Po kolacji Wilczek poszedł spać do Maja, żeby rano nie spóźnić fabryki. — Grosik zasnął jak kamień i położono go z dziećmi u Tomaszów.
Zabawa się rwać poczęła: brakło młodzieży. Tańczono jeszcze godzinę i drugą, ale myśl o jutrzejszym dniu roboczym płoszyła wesele. Kobiety rade by jeszcze pohasać, ale mężczyzn ciągnęło do łóżek.
Godzina druga — bal skończony. Z dala dobiegają odgłosy hulaszcze — tam nad ranem zjechało Pogotowie, bo kogoś zraniono podobno butelką: ostra musiała być butelka...
Wnosimy łóżka — byle dwa — resztę jutro się za dnia zrobi. Kobietom w głowach się kręci od wódki, od tańca i krzątaniny.
W mieszkaniu naszym nocują tylko: Wilczkowa, Grosikowa, mały Stasiek, który do końca dotrzymał, niemowlę w kołysce i ja.
Leżę z otwartymi oczami. Za oknem wicher wyje i głosi straszne prawdy, ale ja ich nie potrafię zrozumieć. Zmora tłoczy mi piersi: pianę ma na ustach i w oczach, ale ja się jej nie boję. Czasem uchwycę myśl jakąś w locie, ale mi się wnet wyrywa bez trudu i ucieka. Znużony jestem aż do bólu.