Noc. Mgła i śnieg topnieje.
Stare Miasto liczy moje kroki.
Na podwórzu gwar głosów pijackich.
Na stołach szklanki. Chmura dymu w izbie. — Grają w kości.
— Janek, pieska twoja zielona... Moja wygrana.
— A jo!
— A myśmy się zakładali, czy wrócisz... Skomlałeś nad pijaczyną... „Biedny Juraś”— a ty w bek. — Uuu, psiacie...
— A co z nim?
— Powiadam ci, Jasiek: stękaj; pewnie kitę odwalił. Szkoda go, bo pijaków nie stanie: nowi się nie rodzą... Fater, jeszcze szklankę! Na — chlej. — Bogato u nas: obraliśmy gorala... A oni, frajery, mówili, że się z oćcem upieścisz i wrócisz.
— Nie wrócę.